— Dziękuję wam — odezwał się Poniatowski — ale ja tu zawsze siedzieć nie będę.
Nieznacznie bardzo Natałka skinęła królowi, matkę wskazując, jakby mu do zrozumienia dawała, że z nią o tem mówić należało, a sama powoli do progu doszedłszy, potem chyżo się zerwała i wybiegła śpiewając w podwórze.
Król zbliżyć się kazał matce i długo mówił coś z nią po cichu. Lice mu to się chmurzyło, to rozjaśniało. Trudno było z niego odgadnąć, czy się radował, czy frasował z tego, co mu odpowiadała. Któż wie, myślał zapewne o przemijającej rozrywce, a trafił na nowe więzy których już i tak dla miłych chwil kilku dosyć dźwigał.
Rozmowa między nim a Sydorową trwała dosyć długo; wstał wreszcie król, dopominając się, ażeby Natałkę zobaczyć, która nadeszła, zalotnie mu się uśmiechając i nieznacznie pokazując na palcu pierścionek.
Niema scena pożegnania trwała chwilkę. Natałka jak wprzódy pocałowała rękę królewską, król przyłożył usta do jej czoła, lecz gdy wyszedł potem, miał brew namarszczoną i zadumany był ponuro.
W kilka dni potem, pani marszałkowa, która udawała, że o niczem nie wie i nic się nie domyśla, zbliżyła się raz po obiedzie do najjaśniejszego wujaszka i odezwała się, bawiąc wachlarzem:
— Że też W. kr. Mość nie raczysz mnie nigdy zaszczycić swojemi odwiedzinami. Choć tu jestem jak w karczmie na popasie, ale, kto wie, możebym się jaką osobliwością pochwalić mogła i coś pokazać ciekawego.
Poniatowski, któremu rodzina nieustannemi niespodziankami wywdzięczała się za jego dobrodziejstwa, dorozumiał się zaraz, że o coś podobnego chodziło.
— Mais, chère comtesse, ja bo ci nie chcę przeszkadzać i robić ci wizytą moją kłopotu. Nawet przechodząc koło dworku, mijam go umyślnie. Coż tam w nim tak osobliwego trzymasz?
— A, rzeczywiście osobliwego — mrugając oczyma odparła siostrzenica — mam ciekawy i wcale ładny obrazek, kupiłam go sobie u młodego malarza i pragnęłabym o nim mieć zdanie W. kr. Mości.