— Gdzież twój obraz? — zapytał.

— A — rozśmiała się piękna pani — nie dopuszczam, aby go lada czyje profanowały oczy.

To mówiąc, otwarła drugi pokój i ręką zaprosiła do niego.

Tu, na krześle, coś tajemniczo zieloną kitajką przykrytego stało. Marszałkowa podbiegła, zerwała ją żywo i spojrzała śmiejąc się na wuja, który okrzyku nie mógł powstrzymać i zarumienił się mocno.

Przed nim stał niewykończony, lecz nadzwyczaj podobny portret Bondarywny, przez Plerscha malowany.

Nie było to arcydzieło, ale tęskna poza i smutna, zadumana twarzyczka, czyniły go wielce zajmującym. Gdyby był Plersch miał pędzel Greuza, przedmiot do arcydzieła dostarczyłby wątku.

Król stał w kontemplacyi, Mniszchowa szydersko patrzała mu w oczy.

— Cóż N. Pan powie na to? — odezwała się.

— Że pani hrabina jest wielką figlarką i złośliwą kobieciną, która starego wuja szpieguje i posądza — odparł król wcale nie zagniewany.

— Nie, N. Panie — poprawiła siostrzenica — trzeba powiedzieć, żem najprzywiązańszą z siostrzenic, która się stara myśl waszą odgadnąć i dla której największą przyjemnością w życiu jest chwilę drogich dni kochanego króla uprzyjemnić.