Poniatowski zbliżył się ku niej, całując ją w rękę z zapałem po kilkakroć i z prawdziwą wdzięcznością.
— Nie śmiejcie się ze mnie — dodał cicho — czasem serce stare uderzy, choć się je na wodzy trzyma.
— Wam, N. Panie, wolno jest mieć fantazye, bo wam los szczęścia nie dał, uczyniwszy dobroczyńcą drugich — z zapałem także poczęła Mniszchowa. Naszym obowiązkiem tylko wam życie uprzyjemniać.
— Gorzkie ono w istocie! — westchnął król i na podanem krześle usiadł naprzeciw obrazu.
— Więc mi tego za złe nie macie? — spytał. To po prostu artystyczny kaprysik... niewinny, chère comtesse.
— Nietylko że nie mogę mieć go za złe, ale błogosławię tę piękność, która miała szczęście choć chwilę rozjaśnić oblicze mojego króla kochanego.
Patrzali oboje na obraz.
— Kto to malował? — odezwał się po chwili — przysiągłbym że Plersch, choć go tu nie ma.
Marszałkowa głową potwierdzający znak dała.
— A widzisz, zgadłem — ciągnął dalej. Byłem pewny; pędzel i koloryt jego. Któż to ją posadził tak oryginalnie? To chyba nie on, bo by ją wyprostował pewnie i uczynił sztywną.