— Co się ze mną zrobiło? oto pani patrz — zawołał — oto waszych rąk dzieło, oto, na jakiegoście mię wystrychnęli dudka! Wąsów zbyłem, już żebym sto lat żył, drugich takich mieć nie będę. Żonęście mi dali, śliczną, której ani znam, ani wiem, co się z nią dzieje. Obiecaliście mi św. Stanisława na jaką taką konsolacyę; po dziś dzień ani patentu, ani orderu, ani słychu. Miała być kasztelania, reces kupiłem, konsensu się doczekać nie mogę. A com pieniędzy przesypał, a co mi wątroby nagniło, a com się nagryzł, a com naklął i nagrzeszył... Otóż przychodzę należne dzięki złożyć mojej dobrodziejce, której to wszystko winienem.
Tu kapelusz w rękach podniósł do góry i ogromnym głosem, aż Grzybowska ze strachu krzyknęła, zawołał:
— Niech was wszyscy dyabli wezmą!
Był w furyi. Panna ustąpiła kilka kroków w tył.
— Oszalał! — zawołała — oszalał! do Bonifratrów!
— A, oszalał, prawda! — począł szambelan — bo jak Boga mego kocham, oszaleć było od czego, zwaryować, powiesić się i wściec. Ślicznieście mię wykierowali, nie ma co mówić! awantura babilońska!
— Ale uspokój-że się człowiecze! — zawołała Grzybowska — gadaj po ludzku!
Szambelan, który na nogach się ledwie mógł utrzymać, padł bez ceremonii na krzesło.
— Mów spokojnie, ja o niczem nie wiem; może się da co naprawić, bo mi waćpana żal. Napij się wody.
— Żółciąście mnie napoiły, baby, jędze! — począł szambelan, a teraz wody dać chcecie.