— Jeśli mi tu waćpan będziesz tak wygadywał, to go za drzwi wyrzucić każę.
— Tylko tego braknie! — rozśmiał się Rzesiński — za drzwi i z majątku własnego won!
— Ale słuchaj-że mnie, szalony człecze — poczęła Grzybowska — jam waćpanu zawsze dobrze życzyła, ja o bożym świecie nie wiem od wyjazdu z Kaniowa. Jeżeli chcesz, bym ci poradziła, opowiedz, co i jak jest, co się stało. Słowo daję, że nawet o ożenieniu projektowanem tak jak nie wiem.
— Niewinna istota! a kto tę truciznę gotował? — wołał szambelan. Starego głupca złapaliście i rade, ale czasem i stary, taki spokojny człowiek, wściecze się i dopiecze.
Grzybowska zniecierpliwiona chciała już odejść, gdy szambelan się pomiarkował i ton zmienił.
— Proszę mi darować, ale już mi cierpliwości zabrakło i sam nie wiem co począć z sobą. Jeśli Boga masz w sercu, ratuj mię, panno Grzybowska, bo życie chrześcianina mieć będziesz na sumieniu.
— Ale mów, o co idzie, mów od początku.
Podsunęła mu z wodą karafkę. Szambelan wypił duszkiem dwie szklanki, jednę po drugiej, a że dawniej nawykł był wąsy ocierać, zrobił ruch ręką nałogowy i westchnął.
— Wąsy dyabli wzięli, jak i resztę! — i westchnął.
Chwila była jakby namysłu i wypoczynku. Patrząc na stół, z oczyma nieruchomie weń wlepionemi, Rzesiński mówił: