— Albo co?
— Bo to jest owa sławna, pierwsza dziś piękność nasza, która nie wiadomo zkąd wypłynęła na światło stołeczne, zowiąca się, jeśli się nie mylę, tak jak pan dobrodziej, a nawet tymże tytułem... zowią ją szambelanową Rzesińską.
Słysząc to szambelan, przestraszył się, zdziwił i perspektywka wypadła mu z ręki. W drugim rzędzie pod nimi siedział jegomość łysy, którego uderzywszy w czaszkę i odbiwszy się od niej, potoczyła się między psy i niedźwiedzia.
Łysy jegomość, raniony lekko, krzyknął, wszystkich oczy zwróciły się na przelękłego winowajcę, zamęt się zrobił w sali. Mikorsz zaczął się śmiać. Rzesiński za perspektywką gotów się był rzucić między dzikie zwierzęta, a gdy się to uspokoiło, owa pani w popielatym kapelusiku znikła.
— O perspektywę nie masz się waćpan dobrodziej co tak troszczyć, nie była to rzecz tak kosztowna.
W istocie tylko pięć czerwonych złotych szambelan zapłacił za nią, lecz nie szło mu o nie; chciałby był gonić za widmem żony, a tej już nie było. Milczał, dziko wodząc oczyma po sali.
— Pani Rzesińska — szepnął głosem zalterowanym do sąsiada — jest mi podobno daleką powinowatą; pan nie wiesz, gdzie mieszka?
— Nie wiem — rzekł Mikorsz — lecz się o tem łatwo dowiedzieć mogę.
— Uczynisz mi tem największą przysługę.
Spędzili resztę widowiska, które zapłaciwszy smutny szambelan, czuł się obowiązanym skonsumować do ostatka, oba nie bardzo niem zachwyceni.