Przy wieczerzy Mikorsz znowu dał burgunda, a po niej grali w maryasza i pan Rzesiński przegrał tylko dwadzieściapięć dukatów, co z lornetką i ranną przegraną uczyniło pięćdziesiąt, nie licząc stołu, miejsca na hecy i fiakra połowy.
Gdy późno w noc wszedł do swojej stancyi szambelan, po burgundzie, maryaszu, widowisku, przegranej i całym tym dniu nieszczęśliwym, począł się liczyć z kasą i sumieniem, i postrzegł, że takich dni kilka wyczerpią zapas do dna. Wprawdzie znalazł żonę, lecz co mu po tem było?
Nazajutrz pobiegł do Grzybowskiej zdyszany. Po dzwonieniu go poznała, bo jak na wotywę sygnował.
Bez powitania prawie się wtoczył.
— A, dobrą mi asińdźka dałaś radę! — zawołał — tożem na hecy tę małpę znalazł!
— Jaką?
— A tę... tę... już się pani domyśl. I dowiedziałem się, że szambelanową śmie się nazywać!
— Bo ma do tego prawo — odparła Grzybowska seryo.
Szambelan na wczorajszem krzesełku padł jak przybity.
— Dałem słowo, że nic nie pocznę; słowo rzecz święta; nie robiłem wczoraj larum, lecz donoszę, że gdy ją wyszukam...