Szczęściem Grzybowska odprawiła była fiakra od wrót, bo król inaczej by dom minął.

Przez okno zobaczyła go, obwiniętego płaszczem i kroczącego niespokojnie. Siadła ze starą w małej izdebce, Natałka w pierwszym pokoju króla przyjmowała.

Cisza panowała w domku. Rozmowa snać toczyła się głosem stłumionym; niekiedy Natałkę tylko słychać było wybuchającą i wnet jakby jej usta zamknięto, milkła.

Trwało to bardzo krótką chwilę, krócej, niż się Grzybowska spodziewać mogła. W sieniach dał się słyszeć szelest... król już wychodził; do furtki biegł, nie oglądając się i zniknął. Na dworze szarzało. Szelest sukni i ciężkie rzucenie się na krzesło, oznajmiło Grzybowskiej, że Natałka na swoje miejsce wróciła. Otwarła więc drzwi i weszła. Zastała ją tak siedzącą jak wprzódy, ale z rumieńcem wypalonym na twarzy.

— Otóż tyle mojego! — zawołała — dwa dni czekania, a ćwierć godziny pociechy, zatrutej strachem. A jaki on blady, a jak się trząsł, łzy mu się w oczach kręciły. Ludzie go męczą; skarżył się na obcych i swoich; rodzina go prześladuje. O, biedny król i biedne to szczęście moje!

Złożywszy ręce jak do modlitwy, znowu w okno patrzała.

— Ja was muszę pożegnać — rzekła Grzybowska — przyszłam z dobrem sercem i radą, a nic wam uczynić nie mogę, więc odchodzę.

— Ale — przerwała Natałka — ale nie odchodzicie z niczem. Mówiłam królowi... król na rozwód się godzi, byle rozgłosu nie było, podpisze co zechce. Czegoż więcej żąda? Dadzą mu wykupnego, a niech go moje oczy nie widzą.

— Dobrze, dobrze — odezwała się stara panna — tylko żebyście później tego nie żałowali, że go odprawiacie; zdałby się może stary i z nim do ładu by przyjść można.

Śmiech i spiewka były jedyną odpowiedzią. Natałka nuciła ruską pieśń: „Szumią bory, mruczą wody”, a głos jej nieuczony, słaby, ale tęskny i przejmujący, niecierpliwą Grzybowską nawet chwilę u progu zatrzymał. Gdy śpiewać przestała, po cichu się wyśliznęła bez pożegnania.