— Dajcie jej pokój, ona biedna — westchnęła matka — schnie mój kwiatek na łodydze, bodajbym była go tu nie wiozła, gdzie i szczęście takie niezdrowe.
Otarła łzę.
— Szambelan przyjechał... chce rozwodu; aleby może król się zgodził, a Natałka do niego wróciła i życie by się stało znośniejszem.
Stara podniosła obie ręce nad głowę i poczęła trząść długo suchemi palcami nad nią.
— Kudy, kudy, kudy! ani jej mówić o tem — rzekła, zniżając głos — co Bóg przeznaczył, to będzie.
— No, to choć rozwód niech weźmie, bo ten człowiek szaleje, że nazwisko dał, a żony nie ma.
— Niech sobie rozwód dadzą, a nam co do tego? Jak chcieli, tak my robiliśmy; odrobić, to odrobić; tak z tem, jak bez tego. Ręką machnęła — róbcie, co chcecie.
Nie wiedziała już co mówić Grzybowska, gdy od bramy dzwonek się dał słyszeć. Stara pobiegła do okna zmięszana.
— Korol! — zawołała, klaskając w ręce.
Z sąsiedniego pokoju słychać było tylko, jak Natałka z krzesła skoczyła i naprzeciw gościa wybiegła.