Stara panna z widoczną niecierpliwością słuchała wyeksaltowanej mowy pięknej pani; nie mogła jej zrozumieć ani w nią uwierzyć; ramiona się jej podnosiły, zżymała się, otwierała usta i krzywiła je.

— Jakże tu rozsądnie mówić z wami? — poczęła westchnąwszy — jak się tu dogadać? niema sposobu!

Niespodziewanie zamiast odpowiedzi, Natałka obróciła się ku oknu, podparła na dłoni i poczęła tęsknym głosem śpiewać piosnkę ukraińską. Nuciła ją tak półgłosem, zadumana, jakby już o wszystkiem zapomniała, oprócz króla i Ukrainy.

— Dwa dni go nie widziałam — odezwała się, przestając śpiewać nagle — musi się przekradać jak złodziej do mnie, tak go szpiegują, musi się z godzin rachować; Grabowska go łaje, siostry mu przymawiają, mnie wszyscy nienawidzą... słodkie życie! A gdy wieczorem skrzypną drzwi i przyjdzie on, drżący, wystraszony, to na zegarek patrzy i niczem go nie wstrzymać, i strach mu wszystko truje....

Pilno było Grzybowskiej, więc wstała.

— A gdzie matka?

— Z kądzielą schowała się w kąt, bo jej wstyd kądzieli, a tęskno za nią. Ot, tam.

Wskazała na drzwi.

Stara panna wsunęła się do ciasnej izdebki. Tu na ławce u okna stara Sydorowa siedziała zadumana i przędła. Zobaczywszy Grzybowskę, postawiła coprędzej kądziel w kącie, fartuch poprawiła i pozdrowiła ją po cichu.

— Z wami się choć może rozmówić potrafię — szepnęła przybyła — z Natałką się nic nie dogadasz.