— Hody! — zawołała z cicha po rusku — hody! pora na chutor, do domu, nad Dniepr! Tu powietrze niezdrowe, uciekajmy! Jak umierać, to na swojej ziemi, na piersi ona nie zacięży. Matko, idźmy, jedźmy, płyńmy, lećmy, a uciekajmy ztąd. Sen się prześnił.
Maksym ruszył się u progu i wstał. Natałka się zlękła nieco.
— Kto tam? duch?
— Nie duch, Maksym, niewolnik wasz.
— Maksymie! matko! uciekajmy! do domu, na chutor nasz, na Ukrainę, nad Dniepr!
I wstała na nogi, powtarzając jak obłąkana: do domu!
Nazajutrz po sesyi sejmowej, która się bezprzykładnie wcześnie skończyła, wieczorek był w małych apartamentach królewskich, na który tylko osoby bliższe i w poufalszych zostające stosunkach, a szczególniej rodzina króla zaproszoną była.
Pani Krakowska, Mokronowski stary, wojewodzina Podolska, książę ex-podkomorzy, prymas, państwo Tyszkiewiczowie, Mniszchowie, pani generałowa Grabowska, Szydłowski, starosta Mielnicki, Komarzewski, Ryszewski, ks. Naruszewicz i małe gronko mniej wybitnych osobistości.
Był to sejmu początek, a choć już z niego o dalszym jego rozwoju wnosić było można, jeszcze nie tracono nadziei, że się nim da pokierować. Król brał chwilami stronę opozycyi, której bronił, to znowu narzekał na to, że jego czynności i zamiary paraliżowała. Rodzina pańska sarkała i utyskiwała, dwór był oburzony.
Nie przeszkadzało to jednak szukać rozrywki. Pani Mniszchowa, która była muzykalną, grała na klawikorcie, spiewała francuzkie piosenki, kawaler de Maisonneuve deklamował, czytano trochę z francuzkiej komedyi, którą tego dnia królowi nadesłano, ale nadewszystko szeptano i rozmawiano po cichu.