— Trochę nawet o niej.

— Przecież od dwudziestu czterech godzin już jej nie ma — mówiła marszałkowa — cała Warszawa się tem zajmuje. Piękna Ukrainka znikła razem z matką i jakimś, mówią, dawnym swym kochankiem, chłopem czy Kozakiem. Natura ciągnie wilka do lasu, a Kozaka w step. Szkoda tylko, że nie wcześniej się namyśliła.

Ramiona pani marszałkowej poruszyły się z pewną pogardą.

— Cóż pan na to? — spytała.

— Mnie się to jakoś w głowie nie mieści.

— Nie wierzysz? znasz waćpan przecie moją Grzybosię poczciwą; jeżeli jesteś ciekawy, zapytaj się jej, ona ci to wszystko jak najlepiej rozpowiedzieć potrafi.

I pani Mniszchowa skinąwszy głową, odeszła od malarza, a wkrótce potem król się usunął do swojego gabinetu, i Plersch, rulon zostawiwszy u Albertrandiego, z zamku poszedł do domu.

Wspomnienie dziewczęcia, które mu się było niegdyś w sercu zapisało, żyło w niem jeszcze; dziwna historya, o której napomknęła pani marszałkowa, obudzała ciekawość. Nazajutrz więc, będąc niejako upoważnionym do tego kroku, poszedł z rana do panny Grzybowskiej; dawno już jej nie widział. Gdy go przez drzwi zobaczyła, przeżegnała się.

— Plersch! jak mamę kocham! A cóż to się waćpanu stało, żeś mnie sobie przypomnieć raczył? Żebyś kiedy choć zajrzał... a dalipan, lepszej przyjaciółki nademnie nie miałeś i mieć nie będziesz, choćbym mogła mieć żal do waćpana, żeś się ze mną ożenić nie chciał.

— Ale panno łowczanko dobrodziejko...