Już o nim zupełnie w Warszawie zapomniano, gdy dnia jednego, w pół roku po tych wypadkach, zadzwoniono do pokoju Grzybowskiej. Nie miała wielkiej ochoty otwierać, ale dzwonek nieśmiało a stanowczo odezwał się raz drugi, trzeci, czwarty. Zdawał się prosić i domagać, chociaż dyskretnie.
Panna Grzybowska poszła sama otworzyć i zdziwiła się niezmiernie, postrzegłszy kasztelana.
Był świeżo ubrany, z pewnem staraniem, a nawet smakiem zapożyczonym; strój francuzki nosił teraz zręczniej i znać było, że się z nim oswoił. Na twarzy ani na sukni wcale żałoby widać nie było.
Uśmiechnął się i usiadł, przymilając tak do Grzybosi, że nieszczęśliwej starej pannie, która zawsze zamążpójście miała na myśli, przebiegło podejrzenie przez głowę, iż... kto wie... przyjechał może w konkury do niej dla krescytywy. Przyjęła go więc z uśmiechem i tak mile, jak tylko mogła, a posadziwszy w krześle, sama pobiegła po fryzurę i na wszelki wypadek przyodziała się staranniej.
— Bardzo mi miło widzieć pana kasztelana — rzekła, wracając — chwała Bogu, wcale pięknie wyglądasz i... strata, którą poniosłeś...
— Ha, cóż, z wolą bożą się zgodziłem — westchnął — już to się zapomniało i załatało — dodał z przyciskiem.
Grzybosia spojrzała nań tylko.
— A no, tak, tak — rzekł Rzesiński — musiał człowiek o sobie pomyśleć; nie było co zwlekać, ożeniłem się.
Stara panna aż krzyknęła.
— Oszalałeś! — zawołała gniewnie.