Kasztelan się uśmiechnął dowcipnie.

— No nie, powiadam asińdźce; żonę sobie, wprawdzie ubogą, dobrałem taką, że, fraszka ta moja pierwsza, choć była bardzo piękna. Ośmnaście lat, twarzyczka jak różyczka, wzrost śliczny, krew z mlekiem, oczy czarne, włosy po za kolana, Wenus, mościa dobrodziejko!

Uśmiechał się ciągle tryumfująco; Grzybosia milczała.

— Przywiozłem ją do Warszawy — dodał — nie powstydzę się, ręczę.

Tu do ręki się schyliwszy, pocałował gospodynię dodał po cichu:

— Na dworze bym chciał ją prezentować... a nuż Najjaśniejszemu w oko wpadnie... źle. Jak pani sądzi?

Grzybowska z gniewu się zaczerwieniła, ale natychmiast wybuchnęła śmiechem.

— Słowo daję asińdźce, mogę się przyznać jako łaskawej na mnie dobrodziejce, w tej myśli nawet i kalkulacyi się żeniłem. Przez kobiety się wiele robi, a... ambicyjkę mam...

— No, to próbójże szczęścia — rozśmiała się Grzybosia z pogardą.

— Przy łaskawej protekcyi pani marszałkowej dobrodziejki i pani mojej... Żona moja z familii dobrej — Przerębska z domu — edukowana co się zowie, rozumek ma i na pokojach znaleść się potrafi. Polityczka wielka, ho, ho! po francuzku expedite szwargocze...