— Gdzież tam; listy jeszcze do pisania.
— Mam dwa słowa...
— Proszę.
Szydłowski zawrócił się w korytarzu i otworzywszy drzwi, zajrzał do Komarzewskiego, który nad stołem papierami zarzuconym już siedział. Dwie świece woskowe paliły się na nim i oświecały silnie piękną, myślącą i pogodną twarz jenerała.
— Quid novi fert Africa? — śmiejąc się zapytał Komarzewski. Czy co przyszło z Kijowa?
— O niczem nie wiem — odparł starosta — alem się was chciał spytać, co to królowi? Zajechała mu w głowę jakaś piękność ukraińska. Proszęż cię!
I począł się śmiać serdecznie, trzęsąc ramionami.
— A! a! cóż dziwnego? jabym się już w starej pomywaczce zakochał z nudów, siedząc tu na tym nie partykularzu, ale istnej pustyni. Król jest rzeczywiście godzien politowania, wiele mu przebaczyć należy, a przytem — artysta! artysta! To jego natura. Dobry i rozumny, nasz pan urodził się na malarza lub rzeźbiarza... powołanie chybione. Wszędzie widzi piękność naprzód, a przez nią dopiero i po niej resztę. Część piękna stanowi jego życie.
— A szczególniej część piękna niewiasty — dodał Szydłowski.
— Bo kobieta jest na ziemi najwyższem uosobieniem piękności — rzekł jenerał.