— Na nieszczęście równie go prędko piękność nuży, jak zapala.
— Inaczej być nie może — tłumaczył Komarzewski. Odkrywa w niej makułę i — cześć się zmienia w politowanie, a któraż piękność jest doskonałą? Jeśli cielesny wdzięk bez wady i plamy, to duszy braknie, gdy dusza promienieje, ciało jej nie odpowiada; wreszcie oboje prędko starzeją, bo się człowiek psuje i uwielbienie ustać musi.
— Tej teoryi musiałeś się od angielskich filozofów nauczyć, jenerale — począł śmiejąc się Szydłowski.
— Po trosze, nie zapieram się tego.
— Ale, nie marnując czasu, któż u kaduka podstawił tę Bondarywnę?
Komarzewski ostro spojrzał i papiery, które machinalnie przewracał, położył na stole.
— Ja nie wiem, spytajcie o to Ryxa.
— Śmiech mię bierze — szepnął starosta. Król jak młodzik się unosi. Począł mi ją opisywać, tak żem ledwie nie parsknął. Stary piec... dyabeł w nim pali.
— A! mój starosto, dajcież mu pokój. Kto z nas bez winy, niech kamieniem rzuca. Czemżeby życie było bez kobiety? Jak można mieć za złe umęczonem panu, że szuka jakiejś osłody i rozrywki. A wy? a ja? a on? a my wszyscy? czyśmy lepsi?
— Tak, tak, tylko że na nas nikt nie patrzy, a jego to śmiechem okrywa, jeśli nie gorzej — zawołał Szydłowski. Wiecie, że ja go jak wy kocham; gdyby nie był królem i godziło się, powiedziałbym, żem jego przyjacielem. Życiebym za niego dał. W tej chwili, mój jenerale, gdy tyle oczów patrzy, gdy szpiegów pełno...