Ojciec stał nieopodal ze ściśniętemi mimowolnie pięściami, które trzymał siłą przy sobie, usta miał zakąszone i wzrok niespokojny. Stara Bondarowa patrzała na dziecko, dumniejąc niem.

Panowie, towarzyszący marszałkowej, coś mruczeli do siebie. W tem jeden z nich przypadkiem okiem rzucił na drogę i jakby przestraszony zawołał po cichu:

— Król z Szydłowskim!

— Król! — powtórzył drugi.

— Król! — niespokojnie zawołała marszałkowa — ale ja nie chcę, ażeby mnie tu zastał, ani panów! Za nic! za nic!

I podbiegła ręce składając do Sydorowej.

— Moja kochana — wciskając jej w dłoń dukata, który gospodyni odepchnęła z respektem — moja dobra, schowaj nas gdzie chcesz, w alkierzu, gdziekolwiek, byleby nie śmierdziało bardzo. Nie chcę, aby mię tu widziano. Proszę cię, zaklinam!

I nie czekając pozwolenia, marszałkowa z obawy, aby ją nie zobaczono, rzuciła się, omijając śmiejącą się Natałkę, do chaty, i drzwi za sobą i towarzyszami zaprzeć kazała. Sydorowa poszła z nią, stary Bondar ironicznie usta skrzywił, Natałka rączką bielszą niż u prostej dziewczyny być powinna, poprawiła korali i włosów, a w tem już i głośna rozmowa słyszeć się dała na drodze. Natałka pokraśniała, Bondar pobladł.

Korol! — szepnęło dziewczę widocznie uradowane — korol!

Co między ściśniętymi zębami zamruczało w ustach Sydora, nikt nie posłyszał. Błysnęły mu oczy, na córkę spojrzał prawie gniewnie i ku wrotom kroczyć począł.