Natałka stanęła — zalotnica nieuczona — w takiej postawie, jakby ją malarz sam ułożył. Wzrok niby obojętny puściła na stepy, usteczka różowe podniosły się nad ząbkami białymi i piosenka ukraińska wyleciała z nich jak skowronek bujać w powietrzu.
Król z Szydłowskim stali we wrotach, piosenka do uszu ich zaleciała, zatrzymali się, słuchając. Z tego miejsca widać im było profil dziewczęcia, malujący się ciemnawo na bielszej ścianie chaty. Czyste rysy jej twarzyczki jakby mistrz w szczęśliwej chwili stworzył. Nie wiejskiem wydała się im dziewczęciem, ale przebraną panią.
Natałka wiedziała i czuła o przybywających, lecz się ani obejrzała na nich. Można przysiądz było, że o czem innem dumała, choć twarz się paliła, a z blizka patrząc, dojrzeć było można konwulsyjne ustek drganie.
Szydłowski, jeden z największych znawców piękności niewieściej, który sobie pozwalał przez drogę z króla żartować, stał zdumiony. Król miał minę ubłogosławionego, lice mu promieniało radością. Spozierał na towarzysza i prędko wzrokiem powracał do cudnego zjawiska.
— A co, panie starosto? — odezwał się po chwili.
Pan starosta milczał, oczom nie wierzył.
— A co, kochany mój, a co? — powtórzył król.
Szydłowskiemu z piersi się wyrwało niezwyczajne mu westchnienie.
— Ale ba! — zawołał — to są figle! To nie może być Kozaczka, to przebranego coś! to artystka z teatru, czy... kat już wie, co takiego.
— No, to chodź i przypatrz-że się jej z blizka.