We wrotach stał milczący Sydor, który głowę, jakby przymuszony, nieco skłonił przed królem.
Stanisław August, który rad był kokietować z każdym i ująć sobie nawet prostego Kozaka, uśmiechnął mu się i ręką go powitał.
— Jak się masz — spytał łagodnie — jak się masz?
Sydor coś mruknął.
W tem pies nowych gości zobaczywszy, rwał się ku nim ze złością wielką, ale Szydłowski wprost z laseczką cienką wystąpił przeciwko niemu i tak mu jakoś zaimponował, że Zabój się cofnął, mrucząc.
Król powoli wsunął się na podwórko.
Natałka niby nie widząc go, nie wiedząc niby, ciągle patrzała w step i nuciła. Głosik srebrny, choć nieuczony, brzmiał ptasim wdziękiem młodości.
Powoli, aby nie spłoszyć, przybliżył się król do pięknej dziewczyny.
— Dobry deń, krasawico! — rzekł miluchnym głosem.
Natałka odwróciła główkę i zarumieniła się. Spojrzała niby przelękła po sobie, spuściła oczęta skromnie i odpowiedziała coś niewyraźnie, cofając się ku drzwiom chaty.