— Spuszczam się na cenę, jaką N. Pan, który jest znawcą, oznaczy.
— Bardzo dobrze. Na drogę dwadzieścia czerwonych złotych. Kiedy pan wyjedzie?
— Muszę się wybrać.
— Po co się wybierać? artysta! żeby artysta się potrzebował przygotowywać do drogi, jak my nieszczęśliwe kobiety! Węzełek, tłumoczek, skrzyneczka z farbami i po wszystkiem.
Plersch się uśmiechnął; marszałkowa nań spojrzała.
— Ale już mi się pan nie sprzeciwiaj, proszę, bardzo proszę.
Była to godzina, gdy pani marszałkowa miała do zamku jechać na obiad. Król, który wracał od prymasa, wstąpił, aby ją zabrać z sobą. Wszedł i zastał Plerscha. Zaraz mu na myśl przyszły obrazy.
— A cóż, jedziesz, mój Plersch?
Artysta się skłonił.
— Do usług, N. Panie.