— Bardzo się cieszę; z jego talentem — rzekł zawsze grzeczny pan — z jego talentem będzie to wykonanem znakomicie. Obrazy nieszczególne, ale historya. Kto wie, może współczesne.
— Pan Plersch z oznaczeniem ceny przystał na to, co N. Pan osądzi — rzekła pani Mniszchowa.
Król się uśmiechnął; pochlebiło mu to.
— Tak, dobrze, cenę postanowię, a niech marszałkowa będzie pewną, wysoką, i do niej dodam sto czerwonych złotych od siebie.
Wyciągnął rękę białą, w mankietkach świeżych — Plersch ją pocałował; miękką była jak erdredonowa poduszeczka, usta w niej tonęły.
I w dni pięć furmanka z pałacu Mniszchów, która przywiozła do Warszawy jakieś apteczkowe zapasy, zasłana kilimkiem, zaprzężona trzema konikami, z woźnicą w siermiędze z kapturem na koźle i z pisarzem prowentowym, panem Marcelim Strzałką, zajechała po artystę do jego mieszkania na Nowy świat.
Nadzwyczaj było trudno wpakować na wózek wszystkie przybory; siedzenie wypchane, na którem się trzymać musieli obok siebie Plersch i Strzałka, stało się przez to straszliwie niewygodne, lecz — tak pani zadysponowała.
Strzałka był wesołym towarzyszem i rozmarzony Warszawą, przez całą drogę paplał; nie znudził się więc malarz, a że pogoda sprzyjała, parę tylko razy trochę zmokli, gdy ich deszcz daleko od karczem pochwycił.
Wiszniowiec ogromnymi murami zaimponował malarzowi, ale pustką czuć go było, w jednych pokojach stęchlizną, w drugich jakąś nieodgadnioną nosem przeszłością z zapachów i smrodów złożoną. Kosztowne meble w kapkach, okiennice na pół pozamykane, cisza, smutek, śmierć, rozlegające się wśród milczenia kroki idących, przejęły dreszczem Plerscha. W tych murach miał przeżyć nie wiedzieć wiele miesięcy, sam na sam z płótnami, myślami i umarłą przeszłością.
Pokazano mu oryginały. Przeraził się ich wielkością i zapuszczeniem.