W tem się drzwi otworzyły i rządzca wszedł żywo, trzymając w ręku jakieś papiery. Plersch wstał, obwijając się kożuszyną, a nie rzucając palety.
Skłonili się sobie z daleka.
— Proszę pana, tu jest list od samej JW. marszałkowej hrabiny do pana — odezwał się rządzca nieco uprzejmiej niż zwykle. Jaśnie pani hrabina pisała i do mnie.
— O cóż to idzie? — zapytał Plersch, list odpieczętowując.
— A niech no pan przeczyta.
Na kawałku papieru, literami dużemi, stały następujące, niewyraźnie dosyć nakreślone wyrazy:
„Kochany panie Plersch!
„Jesteś mi tu pan poczebny (sic), proszę nie tracąc ani momętu (sic) zaraz pszyjeżdzać (sic) do Kaniowa. Rząca (sic) da konie. Czekam pana nieodmiennie”.
List był cyfrą podpisany; pospiech tłómaczył omyłki. Na kopercie stało: Monsieur Plerche. Wielkim panom uchodziło mijać się z ortografią i przekręcać nazwiska.
Pluszczyński spojrzał na malarza, którego lice się zarumieniło. Carowa Maryna i jej orszak tak mu były dojadły, iżby był na tatarszczyznę pojechał, byle z tej stęchlizny się wyzwolić i świeżem odetchnąć powietrzem.