— Cóż pan na to?

— A no, jadę.

— Dokąd? jużci do Kaniowa! A tak, i przyznam się, że panu zazdroszczę — dodał rządzca. Ludzie się o to szczęście dobijają, które pana spotyka. To się tam pan napatrzy!

Plersch ruszył ramionami i wesoło się uśmiechnął.

— Kiedy konie będą gotowe?

— Już jedne wyszły na przeprząż, bo pan sobie po pańsku pojedzie. Za godzinę, dwie — upakuj się tylko — można jechać.

Plersch w ręce klasnął i podskoczył.

— Niech pan do nas na obiad przyjdzie, bo jest co do pogadania — rzekł udobruchany Pluszczyński — kieliszek wina przed podróżą nie zawadzi.

— O której?

— Koło pierwszej waza na stole.