Podniósł głowę.

— A co tobie do tego? co mi jest. Może umierać chcę, albo co; może się chcę na tym dębie obwiesić. Kto mnie ma rozkazywać? Sumować mi wolno.

— Nieprawda — odparła kobieta — gdybyś ty na świecie sam jeden był, a nie miał ani żony, ani dziecka, to byś się tylko z Panem Bogiem rachował, a tak to i ze mną trzeba. Co tobie jest?

— Mętno na duszy — odparł Sydor — nie pytaj, babo. Jeżeli oczów nie masz...

— Gadaj, to mi otworzysz oczy, bo nie widzę.

— Ślepa jesteś, tak, ślepa; co z tobą gadać, tyś głucha.

— Tak, i głupia — dodała ze śmiechem kobieta, ręce na piersi zakładając.

— Samaś rzekła — zawołał Sydor. Licho ich tu naniosło. Pokojuśmy pozbyli, a tobie i Natałce z tem dobrze. Tu szatan ich nam naprowadził; nam ztąd tylko uciekać, ale dokąd? dokąd? Co z wami gadać? matka i córka poszalały!

— Praw, praw, coż dalej? — zapytała Sydorowa — ja będę słuchać cierpliwie, niech się wszystko z ciebie wyleje, co się w tobie nazbierało.

— I hody! — zawołał Sydor — ruszaj odemnie.