— Nie pójdę — odparła stara. Coż się stało złego, że się dziewczę podobało królowi, że się na nią popatrzy, że się Natałka polubuje swoją krasą. Tyle jej. Nie długo tego będzie, zniknie ona prędko. Zazdrościsz dziewczynie szczęścia... a może się Lach trafi i weźmie ją i panią z niej zrobi... alboby to było źle?
Sydor się aż strząsł.
— Tak, wam obu się tego chce. Wielkie szczęście, z poczciwej dziewki zrobią taką kobietę jak one wszystkie. A na co mi to państwo dla dziecka? Niech nas Bóg od tego broni, wolałbym ją widzieć na marach.
Sydorowa dłonią usta mu zatknęła.
— Milcz, żebyś w złą nie powiedział godzinę, ty, stary.
Z gniewu Bondarowa zawrzała.
— Ty, ty, stary! — krzyknęła — dziecko byś wolał widzieć na marach, dlatego żeś ty zgrzeszył i żeś się musiał, głowę ratując, w siermięgę przebrać. Ja ciebie znam, ja w tobie czytam, ja rozumiem ciebie. Ty ich nienawidzisz, choć to twoja krew, dlatego, żeś się ty krwią umazał.
Sydor zerwał się, ręce obie wyciągnął groźnie, jakby się chciał rzucić na żonę.
— Dosyć tego, stara, milcz! Czort z wami! Ja wam rady nie dam, ja dziecka nie wyratuję, gdy je matka gubić chce, ale oczy moje na to patrzeć nie będą.
To mówiąc, wstał i nie oglądając się już na Sydorowę, która jak wkuta w ziemię nieruchoma stała, poszedł w pole.