Pogoniła za nim oczyma, nie nawołując. Szedł powoli, zataczając się, rękę czasem podnosząc do czoła, jakby z niego pot ocierał, przystając i przyspieszając kroku. W mroku wieczornym Bondarowa widziała go, jak się tak powlókł w pole i w końcu z oczów jej zniknął. Zwrócona w tę stronę, w którę go odchodzącego widziała, chwilę jeszcze stała tak stara, przeżegnała za nim drogę i powoli powlokła się do chaty zadumana. Wróciwszy do domu, podała wieczerzę, nic nie mówiąc.
— A ojciec? — spytała Natałka.
— Poszedł na Sicz — odparła cicho Bondarowa — nie rychło go obaczymy, ale powróci.
I pogładziła ją pod brodę. Natałka się zamyśliła smutnie.
— Posłaćby za nim — rzekła.
— Nie trzeba, nie powróci on, aż tu nie stanie nikogo obcego. Niechaj lepiej tam sumuje, jak ma tu biedy narobić. Zna on siebie; a nóżby się nie wstrzymał i ubił którego!
Natałka ręce załamała i umilkła. Matka uspokajając ją, mówiła długo, po cichu i obie wreszcie zdawały się nie widzieć w tem nic strasznego, że się Sydor oddalił. Wielki ciężar spadł im z serca.
Późno w noc jeszcze mówiły po cichu, a Maksym z Krywonogim także nie spiąc, naradzali się, bo coś dosłyszeli, a wiele odgadli, i Maksym się zafrasował mocno.
— Kiedy on już na to patrzeć nie chciał, co się u nas dzieje — rzekł — to biedaż nam — i uderzył się w piersi — ale my tu malowani nie będziemy, a oczy trzeba mieć i skarbu bronić, aby nam go te złodzieje nie wzięli, prawda, Krywonogi?
Obyczajem ludu parobek odpowiedział: