Rozkazano owsy do worów zsypane mieć w pogotowiu, solone mięsiwo stało w beczkach odliczone, miód i wino podczaszowie już utoczyli w baryłki podróżne. Izby gościnne myto i oporządzano w Średnim Zamku. Wielki Mistrz co dzień prawie otrzymywał poselstwa jakieś; ludzie obcy przybywali z pismami i znakami.

Ruch w ogóle większy, niż w tej porze zwykł bywać, postrzegł Szwentas.

Pozorem do dostania się na Zamek był jakiś przybór na konia, który dla Jerzego wydał pomocnik Trapiera. Schwyciwszy tu, co mu wiedzieć było potrzeba, Szwentas zabierał się do powrotu, gdy na drodze, nieustannie się po Zamku i po wszystkich jego kątach uwijającego, spotkał — Bernarda.

Ten zdziwił się wielce powrotowi parobka i zatrzymał go.

— Jak śmiałeś pana swego opuścić? — zapytał.

— Sam mnie posłał — odpowiedział parobek spokojnie, pokazując wędzidło nowe...

Bernard popatrzył i zachmurzył się.

— Mogliście do czasu i starego zażywać — rzekł — bo rychło was na Zamek sprowadzę. Jerzy zdrowszy jest i silniejszy?

— Albo ja wiem? — począł parobek. — Co dzień na niego patrząc, nie widzę zmiany. Stary Dietrich skarży się, że na nim nie widać polepszenia. Mruk, milczący, smutny... jak był, tak i jest do dziś dnia. Z niego nie będzie pociechy.

Pogardliwie słuchał tego Bernard.