Rymos widocznie ze strachu tracił przytomność; chwytał się za głowę, jęczał, oglądał trwożliwie i przysłuchywał.
— Jeżeli nas kto wydał, biada nam! — dodał — biada nam!! Szwentasa pewnie posłali, aby słowo jakie wyciągnął... zginiemy!...
I porwał się z siedzenia nagle.
— Ja tu nie będę czekał, aż mnie pochwycą — zawołał. — Spróbuję ucieczki; tak czy owak ginąć, lepiej choć się pokusić o wyzwolenie.
Spojrzał na Jerzego, który zamyślony stał ciągle.
— Nie ma jeszcze nic — szepnął on, podumawszy. — Ten Szwentas, choć zły człek, wydał mi się szczerym. Nie może być, żeby nas podsłuchali. Czekać trzeba.
Rymos chciwie słuchał.
Wtem ciężkie, choć ostrożne stąpanie słyszeć się dało w pierwszej izbie; parobczak przestraszony ledwie miał czas skoczyć i ukryć się pod łóżko Jerzego, gdy po cichu, z uśmiechniętymi usty, wsunął się Szwentas.
W progu już złożył ręce i stanął, z przejęciem się i uwielbieniem patrząc na Jerzego. Szeptał ciągle:
— Kunigas...