— W niewoli nie ma kochania! — rzekło — serce zamknięte.
— To cię Niemiec jaki weźmie, bo na ciebie dobrze ostrzą zęby.
— Niech ostrzą, ale mnie z nich nie ukąsi żaden. Powrócę ja do swoich, powrócę... a tam ojciec albo matka narzeczonego mi dadzą takiego, jaki mi należy, co będzie siedział na wysokim grodzie i panował nad wielkim krajem.
Tak dziewczę marzyło.
Rymos był dla niej sługą, niewolnikiem. Lubiła go, bo z nim jednym mogła się rozmówić tylko — zakazanym słowem.
A gdy po cichu nucili pieśni razem — płakali oboje...
We dworze Gmundy — Baniucie coraz niewygodniej być zaczynało. Dawniej miała więcej swobody, choć pracę cięższą; dorastającej — ujęto wprawdzie roboty, ale ciągnięto ją do posług w izbach, zmuszano się przystrajać, i Niemcy, zbierający się na pigment i kości, coraz słodszymi na nią rzucali oczyma.
Między panią a sługą, która odzieży wykwintnej wkładać nie chciała, a wyręczała się innymi, gdy podczas odwiedzin do izb służyć iść kazano, przychodziło do sporów. Baniuta milcząco się opierała; stara jejmość policzkowała ją i łajała.
Uporu sługi niepodobna było przełamać. Wieczorami, gdy gwarno się robiło w izbach, a umyślnie wyprawiano Baniutę do której z komnat, gdzie się domyślała Niemców czyhających na nią, żadna siła jej tam napędzić nie mogła.
Inne Niemki, może rade temu, przecież się z niej wyśmiewały — ona milczała.