I we trzy dni potem Jerzy w towarzystwie Bernarda, za sobą mając na grubej, ciężkiej szkapie uśmiechającego się parobka, w szarym płaszczu z półkrzyżem czarnym, jechał pięknego dnia zimowego do Pynaufeldu. Gdzie miał kilka miesięcy pozostać.

Twarz wprawdzie miał jeszcze smutną i bladą, ale w oczach błyskało coś, jakby lepszej przyszłości przeczucie.

VI

Poczynała się wiosna, słońce dobrze przygrzewało. Na folwarku w Pynaufeldzie, po spoczynku zimowym, panował ruch i czynność nadzwyczajna. Stary Dietrich, który do pracowitego chłopa był podobniejszy niż do rycerskich przodków, którymi się chlubił, w kożuszku krótkim, w butach po kolana, w czapce futrzanej dla łysej głowy, z przekleństwem w bezzębnych ustach, zwijał się z żywością nad wiek jego rozgorączkowaną, naganiając nie tylko parobków, ale i dwu synów, drabów dorosłych, silnych i nie mniej od ojca zajadłych do gospodarstwa.

Wiosna postępowała nader szybko, nie można się było jej dać wyprzedzić. Potrzeba było na gwałt siać, rolę poruszać, łąki opatrywać, szkody przez wody Nogatu poczynione naprawić, ogrodzenia zniszczone na nowo podnosić i wzmacniać.

Człek to był osobliwy, ten stary Dietrich von Pynau, który się tu ważył kędyś znad Renu... straciwszy wprzódy ojcowiznę i nie mogąc już dla waśni a nieprzyjaciół na swych śmieciach wysiedzieć.

Naturę miał ognistą, niepomiarkowaną, zawsze zbytkującą we wszystkim. Młodość spędził nader burzliwie: napadał po gościńcach, więził kupców, tłukł się ze wszystkimi sąsiadami, żonę wziął, z mieczem w ręku się o nią dobijając i z woza ją na gościńcu porwawszy. Dokazywał tak, że w końcu wszyscy się nań naposiedli; burg jego trzymano jak w oblężeniu; wyskakiwał z niego, siekąc i łupiąc sąsiadów...

W końcu i jemu już samemu uprzykrzyło się to nędzne życie. Zubożał, postarzał; gdyby nie żona i synowie, najprędzej by był gdzie mnichem został. Gdy już nie wiedział, co poczynać z sobą, zasłyszał o Zakonie, o podbitych ziemiach, które lennem dawano za małą opłatą i służbą; rozgorzała mu zawsze szalona pałka, zbył się za bezcen pozostałości i pociągnął do Prus.

Miał za sobą listy tych, co się warchoła z domu pozbyć chcieli. Przybysz z Niemiec Krzyżakom był pożądany: on jeden z pierwszych się zgłaszał, postawa za nim świadczyła, że się nie lękał niczego, a na wszystko był gotów; wydzielono mu znaczny kawał ziemi pod Malborgiem.

Dietrich, jak był szalonym niegdyś zbójem-rycerzem, tak równie namiętnie rzucił się do gospodarstwa. Zakon dostarczał, czego na początek brakło. On i synowie z kilku pościąganymi Szwabami błędnymi wzięli się do zakładania nowego Pynau. Ziemia okazała się dziewiczą, żyzną, wdzięczną; w pierwszych latach płody dała cudowne, o sprzedanie ich nie było trudno. Dostatek niespodziany wzmógł przedsiębiorczego ducha. Dwaj synowie starego Dietricha, prawdziwa krew jego, pomagali mu dzielnie.