Stąd poszli Krzyżacy na Rypin, Lipniki i Bobrowniki, które się zdawały gotować do silnej obrony, lecz niespodzianie, dnia czwartego po oblężeniu poddały. Pod Bobrownikami ukazał się arcybiskup gnieźnieński przybyły w poselstwie od króla, jeszcze żądającego pokoju.

Mistrz zawsze dumny, a teraz uzuchwalony, odparł, że Zakon z przyczyny Polski poniósł dość kosztów, musi więc nagradzając je sobie część kraju zająć; żądał oddania Bobrownik i Złotoryi, obiecując potem dopiero pomyśleć o pokoju. Posłowie do takich warunków umocowani nie byli. Poszli więc Krzyżacy pod Złotoryję pijani powodzeniem swojem i założyli obóz pod jej murami, tańcując i biesiadując z wszetecznicami, które im sprowadzono z Torunia. Nic tak okrutnym nie czyni jak rozpusta; przy zdobyciu też zamku, srogie popełniono okrucieństwa. Bronił on się mężnie przez dni osiem, aż nareszcie wycieńczony zdać musiał. Pastwiono się z niesłychanem barbarzyństwem nad starcami, kobietami i dziećmi. Wzięci tu w niewolę Dobiesław Oliwieński, Hebermuth i Jan z Góry zakuci zostali i do więzienia rzuceni. Mieczem i ogniem opustoszona ziemia dobrzyńska prawdziwie tatarskim obyczajem, oszczędzono tylko dobra biskupa płockiego.

We wrześniu wzięto Bydgoszcz przekupstwem, zniszczono około Drezdenka i wpadano w Mazowsze. Nikt tu nie wyszedł przeciw najezdnikom, tylko ks. mazowiecki wtargnął pod Soldawę, którą spalił i pustoszył pod Rastenburgiem.

Z szałem dzikim napasłszy się wojną, Krzyżacy nagle opamiętali się, że z chrześcijanami walkę rozpoczęli i udawali już chęci zgody i pokoju; wysłali dla układów z arcybiskupem gnieźnieńskim biskupa trauenburskiego Bartłomieja. Ale warunki pokoju podawane przez nich wybór wojny czyniły korzystniejszym.

W. mistrz z Rheden przysłał następujące punkta: pokój dawny między Polską a Zakonem utrzymany będzie i poprzysiężony na nowo, byleby król niewiernego Zakonowi Witolda nie wspomagał; co zaś zabrano ziem i grodów, Krzyżacy zatrzymać mają do polubownego rozsądzenia sporów itd. Jagiełło pomimo, że naglony od panów polskich, niechcących ponosić wojny dla Litwy, skłonny był do zawarcia pokoju, nie mógł się zgodzić na tak upokarzające warunki. Odrzucił je i na zjazd umówiony do Torunia nie przybył.

Witold w czasie tych zaborów i pierwszych kroków do wojny stał w gotowości pod Kownem, oczekując rozkazów króla i pragnąc też, żeby Zakon pierwszy kroki zaczepne rozpoczął. Teraz nie było już powodu zwlekać, ruszył więc siłą całą na Żmudź, połączył się z powstaniem tamtejszem, leżącem pod Friedburgiem, obległ zamek i głodem a szturmami do poddania go zmusił. Wójt żmudzki, osłabiony chorobą, która załogi w Ragnedzie i Dubishajn dziesiątkowała, zagrożony napadem Witolda, dozwolił zamek spalić, a sam spiesznie uszedł ze Żmudzi. Cały kraj ten znowu dostał się w ręce Witolda; wpadli Litwini do Nadrawii, zabrali mnóstwo jeńca i obrócili się na Memel, gdzie wiele znowu ludzi pobito i pobrano. Silniejsza tylko warownia Memel ostała się.

Zewsząd wrzała wojna i Zakon wkrótce się postrzegł, że ją zuchwale i nieopatrznie na kark swój sprowadził. Wojska polskie zbierały się w Wolborzu i Łęczycy; z Wolborza około św. Michała posunęły się pod Bydgoszcz, który oblegli. — Krzyżacy już chwycili się do traktatów, wzywając za pośrednika króla czeskiego Wacława. Ale warunki podawane zawsze były upokarzające dla Polski; tak że po długich rokowaniach, wzajemnie wysyłanych posłach i pełnomocnikach, ledwie rozejm zawarto. W tym rozejmie na nieszczęście ani Witold, ani Żmudź zajętą nie była, owszem powiedziano, że król posiłkować ich, ani się za niemi ujmować nie będzie, nie wspomoże pogan ani jawnie, ani skrycie i od pokoju ich wyłącza. Litwa i jej sprawy pozostały na stronie. Obie wojujące strony tymczasowie, przy zajętych ziemiach i zamkach, pozostać miały. (Pokój ten zawarty w obozie między Bydgoszczą a Świeciem d. 8 września 1409 roku, trwać miał do przyszłego św. Jana Chrzciciela).

Położenie Litwy wskutek tego rozejmu było najnieszczęśliwsze. Opuszczona wraz ze Żmudzią, zostawiona własnym siłom, rzucona na łup Krzyżakom, zdawała się w największem niebezpieczeństwie. Przecież ani Żmudzi nie odzyskano, ani śmiano Litwy najechać, a w. mistrz w zaślepieniu i błędzie, pewnym się sądząc, że zwycięży, gdy zechce, zaniechał najlepszej chwili, czyniąc tylko nowe przymierze ze Świdrygiełłą w Świeciu zawarte [Feria V. proxima post fest. Michaelis 1409]. W. mistrz obowiązał się niem z nikim pokoju, nie włączając do niego Świdrygiełły, nie zawierać; przyrzekając całą siłą dopomagać mu do odzyskania dziedzictwa należnego. Świdrygielle w krajach i miastach krzyżackich pobytu dozwolono. Na pierwszą wieść o wojnie, niespokojny ten burzyciel, natychmiast korzystając z niej przeszedł na stronę Zakonu i nie bez przyczyny.

Tyle razy zdrajca kraju, wiecznie ze swego wydziału nierad, tułacz, zbieg, sprzymierzeniec nieprzyjaciół, w Rusi podszczuwacz do boju, z Zakonem w ciągłych konszachtach, nie zasługiwał na nowe łaski Jagiełły i Witolda; toteż gdy się poddał raz ostatni, wydziału mu nie naznaczono, aby zamków swoich jak Brańska i Starodubia nie spalił uciekając. Wzgardzony od Witolda wisiał przy nim, ale w. książę obchodził się ze stryjecznym bratem, nie tając ku niemu wstrętu i pogardy; nigdy go do siebie nie przypuszczał, nigdy nawet do stołu swego nie wezwał. Jak tylko dowiedział się Świdrygiełło o zerwaniu z Krzyżakami, dawne z niemi mając stosunki, zwrócił się ku nim znowu tajemnie i o św. Michale traktat w Świeciu zawarłszy, powrócił jeszcze dla swoich knowań do Wilna. Tu gdy zdradę przysposabia (o której Witold już wiedział), wzięty i odesłany do Krzemieńca, gdzie w listopadzie 1409 osadzony został pod strażą.

Zakon widząc, jak opatrznie postąpił sobie Witold, stracił nadzieję przemożenia go zdradą. Tymczasem Zygmunt Korybut wtargnął do Prus przez Działdów, Tamnawę i Norkitten, gdzie pustoszył bez przeszkody; bo Krzyżacy osłabieni rozesłaniem posiłków na wszystkie strony, pilnowaniem granic, chorobą ludzi, opierać się nie mogli. Witold wcześnie przewidując wojnę zażartą i chcąc być od innych sąsiadów spokojnym, zawarł z Pskowem i Nowogrodem przymierze nowe. Psków przyjął namiestnika Jerzego Nosa ks. pińskiego; Nowogrodzianie ks. Symona Luty znanego, olszańskiego. Z tej strony, nie obawiał się więc przeszkód żadnych.