— Za to też ogień ma młodzieńczy, rzekł Bogusławski.

Wzięto tedy na stół Polyeukta... ksiądz Bohomolec go znał... odczytał po cichu i położył...

Gdy my to przenicujemy, wyda się jak obraz Rafaela kredką rysowany przez studenta, rzekł: ciężka sprawa.

Trwały narady długo, do których Laura wcale się nie mieszała... Bogusławski, któremu o to szło, żeby Bohomolca zachęcić i dodać mu odwagi, począł jej prosić o powtórzenie tej samej sceny...

Rada może była temu, ażeby Honoremu pokazać się i na nim widzieć wrażenie gry swojej. Nie wymawiała się długo... Wśród uroczystej ciszy rozpoczęła...

Tym razem nie był to już pierwszy ów występ rażący siłą i uczuciem, i porywający niemi, więcej rozmyślana rola, wycieniowana umiejętniej, obrachowana tak, by wszystkiej od razu nie rzucić siły i nie wyszafować wrażenia... prowadziła słuchaczów coraz wyżej, coraz dalej do przewidzianego zenitu... na którym wśród powszechnego zdumienia, skończyła Laura, oczarowawszy wszystkich.

Honory stał osłupiały; ksiądz Bohomolec zmieszany był i niespokojny, jakkolwiek uczucia, które w scenie tej grały, nie miały w sobie nic zdrożnego, były szlachetne i piękne. Ksiądz przerażony był skalą, do jakiej je poeta i aktor doprowadzili... Instynktowo czuł, że już na tych wysokościach... nic człowiekiem zawładnąć i pokierować nie może. Milczał.

— Cóż wy na to, mój ojcze? spytała kasztelanowa...

— Jestem w admiracji i trwodze, odparł Bohomolec, gdyby teatr z taką potęgą działał na człowieka zawsze, za nic kazalnica! Co gorsza, dla tej fikcji musiałaby zbrzydnąć rzeczywistość, która się do niej nie umywała...

A co się tycze tłómaczenia, powiem jedno — dodał — złota robić nie umiem, ten wiersz to złoto czyste, alchemikiem nie jestem...