Złożył tedy ręce, pochylił głowę pokornie. Nie potrafię...
Napróżno go podbudzano, wesoło i dowcipnie wymówił się od roboty...
— Wiesz co księżuniu, odparła kasztelanowa, mnie tedy co innego na myśl przychodzi... W czasie, gdy tędy angielski jeden przejeżdżał wędrownik1, słyszałam króla rozmawiającego z nim i unoszącego się nad angielskim pisarzem, prawie u nas i z imienia nieznanym... Shakespearem... Wiem z tego com przez ciekawość czytała, iżby on, bardziej ludzki, dla nas był może przystępniejszy... Przełożyćby coś z niego, jeśli go król lubi; przynajmniej echo oryginału nie będzie głuszyło naszego tłómaczenia.
— Ja po angielsku nie umiem, rzekł ksiądz Bohomolec.
— Są kawałki po francuzku...
— Aleby to poznać potrzeba, odezwał się Bogusławski... Choć król chwali, niewiadomo czyby nam ten angielski porter był do smaku...
Wzięto się tedy do książek, które kasztelanowa już w pogotowiu miała, wystąpił francuzki Shakespeare, którego ksiądz Bohomolec chciał poprawiać, tak mu czasem szorstko brzmiał, którego Laura nie zrozumiała z razu, a Bogusławski jeden przeczuł mimo słabego przerobienia.
— Nie na nasze to siły, rzekł. Kiedyś — może. O ile widzę, Shakespeare całego człowieka bierze, nic zeń nie odrzucając, jakim go Bóg stworzył z błota, ziemi i ducha swego... Francuz z niego ducha tylko wyciąga na alembiku... i eliksyr ten lepiej będzie smakował słabym... a słabych więcej na świecie niż potężnych...
— Grubianin!... zawołał ksiądz Bohomolec składając książkę... Pisał to snadź kiedy przy ucztach królewskich goście jeszcze kości w słomę pod nogami ich leżącą rzucali...
Radzono znowu, kasztelanowa przy Shakespearze, Bogusławski stał przy Polyeukcie, ksiądz Bohomolec gotówby radzić jezuicką trajedję szkolną na polski język przełożyć; inni milczeli.