— Kiedy jedziesz?

— Moja Lauro, ja cię tak odjechać i w tem usposobieniu zostawić nie mogę.

— Więc cóż myślisz?

— Cokolwiekbądź, byle nie to co jest i co mówisz...

— Klasztor? zapytała Laura wzdrygając się: nie mogę. Z dwojga śmierci wolę pijaną a prędką, niż powolną... Natura moja potrzebuje ruchu nawet w rozpaczy i zwątpieniu; siąść dwadzieścia lat konać, jestże to czegobyś życzył dla mnie? W milczeniu zabijać się myślami... nie!

— A jeśli nie to, mów, co?

— Zdaje mi się, że między klasztorem a tem coś ty obrała, jest wiele stopni jeszcze...

— Tak, na nieszczęście niedostępnych dla mnie. Jest szczęśliwe małżeństwo, jest nawet małżeństwo nieszczęśliwe... jest jarzmo macochy. No! i co więcej?

— Znalazłby się dom pokrewny, a choćby i obcy, w którymbyś żyć mogła...

— Na rezydencji? wiesz, to także miłe jest życie. Z rana na posłudze jejmości i dzieci, do obiadu na dzwonek wysznurowanej przyjść, siąść na szarym końcu, jeść co się po drugich zostanie... wieczorem dzieciom chleb smarować lub towarzyszyć na spacer, bawić kwestarza i gości, których nikt nie chce... nareszcie dawszy dobranoc, wrócić do samotnej nieopalonej izdebki... A! zapomniałam, trzeba mieć kotkę faworytę! Zapewne, że i tem żyć można, ale z dobrej woli sobie obrać takie zasychanie...