— Nabyty tu w Warszawie?

— Tutaj...

Spojrzeli sobie w oczy, Honory się ukłonił grzecznie.

— Darujesz mi pan...

— Nawzajem proszę o wytłumaczenie mojej chwilowej popędliwości, lecz przyznasz pan, iż być tak napadniętym wśród ulicy... gdy się na dobrze nabytym koniu siedzi, niezbyt przyjemnie... Cóż to za historja tego nieszczęsnego konia i jego pana? Czy został skradziony?

— Uchowaj Boże! zawołał Dobek; lecz koń i pan znikli z domu. Nie idzie o wierzchowca, ale o tego kto z nim uszedł, bo rodzina nic o nim nie wie...

— Młody człek? spytał Georges patrząc uważnie na Honorego.

— Tak! tak! odparł Dobek, i mogę panu zaręczyć, że gdybyś bliżej znał tę historję, zajęłaby ona go mocno... Tymczasem, przebacz mi i — przyjm pozdrowienie.

Skłonił się chcąc odchodzić.

Georges go zatrzymał.