Tak zajęci byli tym widokiem pełnym uroku, że rotmistrz nie zważał wcale, jak otwarte drzwi drugie nagle ciąg powietrza gwałtowny wzbudziły i górne żelazne podwoje z hałasem się wielkim zatrzasły.

Wchodzili właśnie do tego rozkosznego ustronia, które zamykało w sobie owoc prac wieloletnich i oszczędności, popioły popalonych puszcz, niebotycznych sosen bale, olbrzymich dębów wnętrzności. Wszystko to w postaci maluczkich krążków spoczywało w okutych kufrach, uporządkowanych dokoła, lecz — niestety! szczelnie pozamykanych... Sam jednak widok zewnętrzny tych sepetów zamczystych bardzo miłe sprawiał wrażenie.

Dobek człowiek lubiący porządek polepił na każdym z nich karteczki, zawierające notatki, z którego roku, w jakiej ilości i jaka w skrzyniach znajdowała się moneta. Z ciekawością i gorączkowem zajęciem czytała pani Sabina: „Z roku 1760 złotem hollenderskiem...” Dalej talary cesarskie, portugały, dukaty węgierskie, dublony hiszpańskie i t. p. Rotmistrz z należnym poszanowaniem patrzał na te monumenta i łzy rozczulenia stawały mu w oczach. Załamał ręce.

— Mój Boże! zawołał: co ten tu człowiek nazbierał! co nazbierał! Otóż to sprawiedliwość! Jeden opływa, a drugi... drugi...

Kiwał głową, przechodząc tak zwolna od kufra do kufra. Zapomnieli się oboje gdzie są, strach odbiegł ich.

— Ale to summy neapolitańskie! mówił rotmistrz; można kupować dobra, pałace i żyć, żyć... popuściwszy pasa... To magnat... jak mi Pan Bóg miły!...

Dobkowa ognistemi też oczyma mierzyła kufry, i w myśli rachowała ile w nich było. Kilka razy Poręba popróbował wieka, ciekaw był koloru złotych czerwonemi zwanych, czy też w ciemnościach i wilgoci nie popleśniały: wszystkie były mocno pozamykane. Obeszli tak dokoła skarbczyk raz i drugi... gdy rotmistrz zobaczył drzwi skryte w murze, wiodące do dalszych lochów... Były wprawdzie wewnątrz na klucz zamknięte, ale i ten klucz zostawiony był w zamku... Żelazne dwa pręty, które je zabezpieczały, łatwo też z tej strony odjąć było można...

— Gdzie to one prowadzić mogą? rzekł Poręba. Może on tam ma jeszcze drugi i trzeci loszek taki przyjemny?... Wartoby zajrzeć — hę?

Pani Dobkowa ośmielona tą pierwszą próbą, nie sprzeciwiała się wcale, a rotmistrz wziął się do odryglowania... Wązkie przejście to wychodziło na loszek prowadzący do izby, w której dawniej mieszkał pokutnik... drzwi od niej nawet zamknięte nie były...

Niezmierna ciekawość brała dalej jejmość i jej towarzysza... Weszli do pustego podziemia, w którem jeszcze ślady niedawnego życia i zamieszkania były widoczne... Suknie wyszarzane wisiały na kołku... garnki wystygłe stały w kominie, stwardniałego chleba kawał myszy ogryzły na stole... Biblia otwarta, pyłem okryta, nietknięta od zgonu starego, spoczywała na rogu stolika...