— Trudno, rzekł, być inkwizytorem sumienia, niech tam Bóg sądzi...
Otóż w tem, osoba pobożna, katoliczka, gorliwa jak pani, dokończył ksiądz Żagiel, mogłaby mieć zasługę, gdyby zbliżając się do nich, innemi sentymentami natchnęła...
Pani Noskowa skromnie oczy spuściła.
— Ja jestem prosta kobieta, mój ojcze... a zresztą, wpływu na nich trudno mi się spodziewać... Bóg wie, jak mi to się uda.
— Przecież najtrudniejsze już się udało, odparł ksiądz Żagiel, bo się tem nikt nie pochlubi, żeby do nich docisnął, a pani nawet przyrzekł, że się zajmie interesami! Widoczny cud!
Westchnął proboszcz i dodał:
— Różnemi Bóg posługuje się narzędziami, różnych dróg i środków używa, gdy ma dzieła dokonać... w Jego rękach co słabe staje się potęgą, a co silne kruszy się i rozpada... W każdym razie, winszuję...
Jakże się księdzu kanonikowi zdaje: dotrzyma mi on obietnicy? spytała wdowa, bawiąc się z chusteczką; ma przybyć do Smołochowa?
— Słowa on dotrzymuje zawsze, odparł proboszcz, ale rzadko je komu da.
— A nie możnażby wiedzieć naprzód, kiedy przyjedzie? dodała Noskowa.