— Lorko! na miłość Boga! co ci jest? do rozpaczy mnie przyprowadzasz! zawołał ojciec... dość tego.
— Zatem — czy mam tatka pożegnać? spytała stając przed nim podparłszy się w boki i naśladując męzką postawę... podała mu do uścisku rękę...
Ojciec ją czule pocałował...
— Już cię korci wylecieć? westchnął.
— Kiedy mi mówić nie dajesz co jabym chciała? zasmucona niby zawołała Lorka.
— Pleć już sobie, dziecko moje...
Dziewczyna ośmielona przysunęła mu się do ucha i zaczęła pół głosem:
— Prawda, że ja za mąż pójść muszę? widzisz! wybiorę sobie pięknego mężczyznę, rycerza, myśliwca... a jak będę miała ślub z nim brać, powiem mu: inaczej nie, tylko musimy razem jeździć na polowanie! Chłopiec będzie bardzo rozkochany, bo rozkochać go wprzódy muszę, padnie na kolana i na wszystko się zgodzi... Nazajutrz po ślubie... na koń i w pole... to będę hasała!
Ojciec patrzał i zasępił się.
— Skaranie Boże, rzekł, co za myśli! Gdzie się to one tam w tej ślicznej główce rodzić mogą?