Lorka się śmiała; poszła do małego zwierciadła w drugim pokoju, w którym były drzwi żelazne, aby się przejrzeć...

— Tatkuniu! zawołała, a kiedyż mnie poprowadzisz do skarbca? Zawsze obiecujesz... przyrzekasz... a nigdy dotrzymać nie chcesz... Ja jestem strasznie ciekawa... lochy... groby... skarby... Często przez zamurowane okienko zaglądam, nic nie widać! nic a nic... Chodzę, szukam... gdzieby co zobaczyć! Jużciż mnie tam zaprowadzisz kiedyś? obiecałeś...

— Po co ci to? — chmurno mruknął ojciec. Wiesz dobrze, że tam nie ma nic, tylko groby... i mój tam skarbczyk... na... papiery...

— Papiery! a to dobre! papiery! przecież tam masz kupami jak w stodole pszenica i żyto leżące złoto... osobno holenderskie... osobno portugały... i... chodzisz szuflować, żeby to nie zatęchło. Widzisz, ja wszystko wiem!

Stary już się śmiał...

— Kiedyś mi musisz to pokazać! Przecież jabym i te groby nasze raz chciała zobaczyć... Jakie to musi być straszne! Ha!

Zamyślony już siedział pan Dobek, nie odpowiadając nic. Lorka pomiarkowała, że go tem zasmucić może, i zamilkła.

— Jeszczebym tatkowi powiedziała, odezwała się; ale boję się mu zrobić przykrość... mówiąc o tych lochach...

— Cóż takiego?

— Bo to może przewidzenie, ale raz w nocy, gdym poleciała na ogródek słuchać słowika, który w bzie prześlicznie śpiewał... jak tatkę kocham... w jednem okienku od grobów świeciło się...