— I powinno być, język trzymać za zębami, rzekł Dobek gorączkowo jakoś. Eljasz mi to urządzi tak, aby we dworze żywa dusza nie wiedziała... Żywa dusza! aby się nikt nie domyślił! ani Aron, ani panienka, ani panna Henau... nikt.
— A jak nikt, to już nikt! powtórzył Eljasz.
— Kiedy to może być? zapytał Dobek.
— Od jutra, jaśnie panie...
— Pewno?
— Niezawodnie, tylko ja dziś w wieczór służyć nie będę, a proszę powiedzieć, że poszedłem do zięcia na sioło...
Eljasz wysuwał się już.
— Słuchaj stary, cicho zapytał Dobek: czy przewożąc się czółnem naprzeciw mogiły tatarskiej, widać będzie z zamku?
Stary podumał i głową pokręcił, i głowę pogładził.
— Ot — nie wiem, rzekł; a no, popróbuję rano...