— Gdyby z zamku widać było, potrzeba, rzekł Salomon, dobrać na obijanik miejsce takie, żeby go z zamku nie widziano. A że panna czasem po brzegu biega... i daleko... niechże schowają czółno w łozy... żeby widać nie było... bo ona zaraz dostrzeże i pochwycić gotowa... Czółno musi mi zawsze być... A no, bez koni czółen nic nie wart, a konie bez czółna na nic się też nie zdały...
To się rozumie! wtórował Eljasz, to już się rozumie.
— Gdy pewien będziesz, iż wszystko gotowo jak się należy, to mi nic nie mówiąc jutro rano dasz nowy kontusz i buty, a powiesz, że się stary poprół i że go do krawca odesłałeś.
Eljasz zrozumiał, lecz zarazem posmutniał, głowę schylił, zamiast ją pogładzić, podrapał się nieboraczysko i sapnął ciężko.
— No, co ci to?
— No — nic.
— Cóż ci tam znowu?
— Et! co ma być?
— A no, mów!
— Hm! panisku mój! wpół go ściskając rzekł Eljasz: jeśli to do Smołochowa... będę miał na sumieniu! Dobrodzieju! ojcze! mnie ten kontusz naprowadza... Po co ci tam? biedy szukać...