— Więc w niedzielę? odezwała się pani Noskowa... W niedzielę! Tak, mój księżuniu... zapowiedzi sobie później wyjdą.

Ksiądz się uśmiechnął tylko.

— Wiesz asindziej co? dodała Noskowa: na kościele dach popsuty, pan Dobek mi mówił, że gdybyście mu ślub przyśpieszyli... gotówby pokryć swym kosztem. Toż dla dobra kościoła rozgrzeszyć się możecie. W tym kącie zapadłym... kto tam o zapowiedziach ma wiedzieć!

— Wszelako! rzekł ksiądz Żagiel...

— Ale dach na kościele! wołała wdowa: dach na kościele... pan Dobek da gonty, gwoździe i robotnika... grosza was kosztować nie będzie.

— Chcecie mnie państwo przekupić! począł ksiądz Żagiel uśmiechając się: to źle. Prawda, że dach Panu Bogu dacie nie mnie... Nie dla dachu też, ale dla tego, bym dowiódł państwu mej życzliwości, choć się może na cenzury narażę... dam państwu ślub w niedzielę. Są wypadki, w których kościół od surowości przepisów odstępuje, szczególniej dla osób znanych a ku sprawie jego gorliwych.

Wdowa podbiegła aż pocałować księdza w rękę. Dobek, który dając jej mówić za siebie, nie odzywał się wcale, podniósł się także mrucząc coś niewyraźnego i pokłonił się.

— Ksiądz kanonik wielką nam czynisz łaskę, odezwała się Noskowa... za którą będziemy się starali wywdzięczyć. Przynajmniej ja tu już w fałszywej pozycji nie będę... i raz się wszystko skończy... Wesela wyprawiać nie potrzebujemy, wdowiec z wdową... pobierzemy się za ręce... pójdziemy po błogosławieństwo i... koniec.

Klasnęła w ręce.

— Tylko się państwo jutro wyspowiadacie, dorzucił kanonik dobitnie, obracając ku Dobkowi milczącemu ciągle. Potem ja mogę nawet przyjść tu sam z błogosławieństwem. W kościele zimno i wieje... odbędziemy tu w izbie...