Tak w krótkich słowach skończyły się układy szczęśliwie. Dobek do końca wytrwał, nic wyraźnego nie rzekłszy, a gdy ksiądz się pożegnał, wyprowadził go do schodów.

Kanonik uściskał kollatora.

— Dobrze waćpan czynisz, rzekł: słuszna jest rzecz ślubować komu Pan Bóg nie dał w naszym kapłańskim stanie żyć... Jejmość pracowita, rozsądna, bogobojna, dla kościoła gorliwa... przyniesie panu pociechę i błogosławieństwo... Zbliżycie się do ludzi, którym pożyteczni być możecie...

Wysłuchał tego kazania pan Salomon, skłonił się i powrócił do jejmości, która w mieszkaniu Lory pod jej nieobecności jak w swojem gospodarowała.

Laura ukrywszy się w pokoju cioci Henau, nie myślała wracać tam, gdzieby się z tą kobietą spotkać mogła. Najprzykrzejsze było położenie Dobka, który między tą przyszłą żoną a kochanem dziecięciem rozdarty na dwoje, nie wiedział do której iść, której z nich służyć — i jak sobie postąpić, ażeby doprowadzić je do porozumienia i zgody. Znał nadto Lorkę, żeby się mógł spodziewać łatwego przejednania. Co się tycze przyszłej żony... najdziwniej sprzeczne znajdował uczucia w sercu: gwałtowną ku niej namiętność, a zarazem postrach jakiś i przeczucie złowrogie... Wiedział, że czynił źle zaślubiając ją, a powstrzymać się nie mógł, oprzeć się nie miał mocy. Kierowała nim, rzucała, zżymał się na ten despotyzm, który go zawstydzał, upokarzał, oburzał chwilami, cofnąć się jednak było za późno. Aż dopóki izby dla pani Noskowej przygotowane nie zostały, przesiedziała ona w mieszkaniu Laury i późno dosyć kazała się dopiero panu Salomonowi odprowadzić do przeznaczonych pokojów. Mimo starań o wygodne ich urządzenie, nie podobały się one od pierwszego wejrzenia Sabinie. Pomruczawszy coś, zapowiedziała, że nazajutrz dom musi obejść i inaczej się w nim rozgospodarować. Dobek jeszcze i na to nie odpowiedział ani słowa. Dosyć późną godziną puściła go wreszcie od siebie. Rozmyśliwszy się w progu, stary nie chciał odkładać do jutra widzenia z córką. Poszedł więc do niej, ale w tych miluchnych jej pokoikach nie znalazł Lorki. Siedziała dotąd u cioci Henau w obawie spotkania się z widmem, bo tak nazywała przyszłą macochę.

Do drzwi cioci zasztukać musiał nie śmiało Dobek, prosząc aby go wpuszczono. Obie kobiety nie spały; Laura siedziała nad rozłożoną Biblją z rozpuszczonemi włosami, obiema rękami podparłszy śliczną główkę, z oczu jej ciche łzy spadały. Zobaczywszy ojca wstała spokojna i poważna, lecz nie tak czuła i pieszczotliwa jak niegdyś, prawie onieśmielona.

Salomon zbliżył się ku niej drżący.

— Moje dziecko, uspokoiłażeś się?

— Jestem spokojna, odezwała się Laura.

— Gniewasz się na mnie?