W uścisku jeszcze szepnęła jej Zosia:

— A! Lauro, on mężczyzna, a tyś czarownica!

— Czarownica! o nie! dziecko moje, jam liść, którym burza miota... No! pocałuj mnie i bądź spokojna. Honory nie pojedzie, rozumiem cię Zosiu, nie pozwolę na to... Nie masz się mnie co lękać, ale na cóż cierpieć? dla czego my go wam odbierać mamy?

Zośka rzuciła się ku niej.

— A! nie! nie! proszę cię, nie wstrzymuj go od podróży, będą się śmieli zemnie i mojego niepokoju, gdy się, uchowaj Boże, dowiedzą. Niech jedzie, jeśli ojciec każe... a odsyłajcie nam go prędko — prędko!

— Nietrzeba żeby jechał, powtórzyła Laura, żegnając się i wychodząc z pokoiku, nie pojedzie.

W salce, przez którą przechodziła, nastręczył się jakby umyślnie Honory, który chodził tam, niespokojny i zamyślony. Sam on wstrzymał Laurę pytaniem:

— A więc mnie nie chcecie i gardzicie naszą ofiarą?

— Mój Honory, odwracając się doń odezwało dziewczę, idę od Zosi, która płacze na samą myśl twojego wyjazdu. Nie powinieneś, nie możesz jechać z nami. Sama dla siebie tego nie życzę, aby się nie karmić próżnemi marzeniami... Mam przed sobą obowiązki do spełnienia, sercu mojemu teraz już niewolno nic więcej, tylko ci zachować uczucie czyste, wierne i ciche. Bądź mężczyzną, a mnie pomóż być poczciwą dla was siostrą. Nie jedź. Zosia płacze, ja nie chcę.

— Zosia, dziecko! przerwał nieśmiało chorążyc...