— Ale ja nie jestem dziecięciem, poczęła Laura brew marszcząc, przestałam niem być, dotknięta nieszczęściem... Ono mnie uczyniło dojrzałą. Zosia ma słuszność, broniąc swojego skarbu i nie chcąc go narażać, ja byłabym niepoczciwa chcąc choć cząstkę jej go wydrzeć. Byłabym szczęśliwa przeżywszy z tobąjeszcze dni kilka... ale to owoc zakazany nam obojgu... Dość tych marzeń, Honory mój... Pamiętaj o mnie, ja cię nie zapomnę nigdy... więcej nam nadto — niewolno.
Podała mu rękę, chorążyc ją pochwycił namiętnie.
— Zmieniłaś się, rzekł z wymówką.
— W istocie, nie przeczę temu, smutnie odparła Laura, ostygłam, przyszedł mi rozum za późno, by zagoił ranę, ale w czas, by jej nie dać powiększyć. Dla twojego, dla jej szczęścia, powinniśmy się rozstać... Widok tej dobrej Zosi, jej przywiązanie do ciebie, wróciły mi pojęcie obowiązku... Bądź zdrów mój Honory...
Chciała odejść, chorążyc powstrzymał ją gwałtownie.
— Gardzisz mną, rzekł, masz słuszność, wydaję ci się nikczemnym i samemu sobie także, aleś we mnie obudziła uczucie niepohamowane... Wszakże innej pociechy dlań nie żądam, tylko widzenia, słyszenia, kochania ciebie!!
— Nie mów nic więcej, przerwała Laura. Ja może cierpię mocniej, a milczę. Skargi są rzeczą słabych istot... mężni poddają się losom i milczą... Bądź zdrów Honory...
Spojrzeli sobie w oczy... Honory zadrżał i pobladł, Laura udała uśmiech obojętny...
— Uzdrowię cię, rzekła, zobaczysz... rozczaruję... potrzebujesz tego, byś się nie łudził, bo nieumiesz kochać bez nadziei!
— Nawet bez nadziei! odparł Honory.