Prędzej wszakże dojechała Laura z ojcem, niż Dobkowa ze swym rotmistrzem i czeredą... Znaleziono mieszkanie skromne na przedmieściu w domu nowymi porządnym, niezbyt na widoku... Pan Dobek zajął pokój od ogrodu, mając udawać chorego i nie wychodzić wcale... Laura potrzebowała namysłu od kogo począć i od czego wypadało. O przyjacielu ojca nie wiedziała wcale, tego adres miał Eliasz, a widzenie się miało być okryte tajemnicą.
Właśnie rozpakowywano, gdy Eliasz z miasta powróciwszy, podszedł do Laury niespokojny i rzekł biorąc ją na stronę:
— A wie panienka kogo ja tu widziałem?
— Kogoż, proszę? spytała Laura.
— To szczęście, że oni mnie nie zobaczyli, dodał stary — ale trzeba być ostrożnym, wszak to już upiór tu jest?
Upiorem zwano Dobkową. Laura przestraszyła się.
— Ona? tu? jestżeś pewien?
— Ale najpewniejszy! — rzekł Eliasz smutnie: na moje oczy cały obóz ich widziałem, rotmistrza, pannę Różę, Przepiórkę... wielkim taborem przybyli widać swoją sprawę popierać. Łaska boża, żem ja ich wprzódy aniżeli oni mnie zobaczyli. Trzeba się mieć na ostrożności, i straże bodaj u drzwi postawić. A nuż się jejmość dowie? A nuż się jej tu nie powiedzie? gotowa na wszystko, nawet przyjść jegomości starego kusić — od czego nas Panie uchowaj!
Laura uczuła mocno ten nowy cios, bo go tak nazwać było można. Bytność Dobkowej utrudniała wielce zachody, starania, samo nawet pokazanie się w mieście, i szczęściem było, że Eliasz pierwszy się o niej dowiedział. Miała ona tu dawne stosunki, któremi pogardzać nie było można... Trzeba więc było do czasu przynajmniej taić się z sobą, pokazywać mało i niezdradzić. Słomińska, dobra towarzyszka w podróży, w mieście na mało się przydać mogła, bo mimo wieku, była dość żywa i roztargniona. Jedynym wysłańcem mógł być przebiegły, pewny i rozważny Eliasz — ale ten do miasta nie był nawykły i nie znał go wcale.
Nazajutrz już stary sługa, któremu pan Dobek dał srebrny medal z wizerunkiem Chrystusa i napisem tylko arjanom właściwym, wyprawionym został do tego, na którym pan Salomon całe swe — nie znając go — pokładał nadzieje. Powinien był wyszukać osobę, przekonać się o jej tożsamości, ukazać jej ów medal i zażądać przybycia, dla widzenia się i narady z panem Dobkiem. Puścił się więc na wywiady stary, mijając Krakowskie-Przedmieście, na którem się pani Sabina rozgospodarowała w pięknym domu, wpośród pańskich położonym pałaców, i skierował w ciasne uliczki, otaczające rynek Starego Miasta. Po drodze musiał pytać, lecz czynił to z ostrożnością wielką, i dobierając osoby, które mu się najmniej niebezpiecznemi wydawały. W godzinie obiadu spodziewano się najłatwiej zastać w domu pana archiwistę.