Gdy tych wyrazów domawiał, hetman podniósł głowę z wolna, wlepił oczy w Dobka... zatrzymał je na nim długo i z pewnym naciskiem... niepostrzeżone prawie drgnienie po twarzy jego przebiegło...
— Słyszysz mój młody przyjacielu, odezwał się do niego, co za dziwna historja?
— Prawda, że dziwna bardzo, rzekł starając się nie okazać pomieszania gość, chociaż się mocno zarumienił, (co szczęściem nie było widoczne, bo siedział od światła) lecz... tyle to rzeczy po świecie opowiadają...
— A ja acindziejowi ręczę, iż to najprawdziwsza prawda... imion cytować nic chcę... dodał Zarwański.
— I do jakiegoż wstąpiła klasztoru? zapytał z trochą ironji hetman.
— A do Karmelitanek... Czemu jej przyjąć nie miały? Swego czasu może mieć z miljon posagu, a czy suknie oblecze czy nie, zawsze za schronienie się klasztorowi wywdzięczy... Nota bene jeśli macocha nie przeszasta onych skarbów...
Usłyszawszy o miljonie, hetman zamyślił się, znowu na Dobka popatrzał i rzekł:
— Ten miljon trochę musiał urosnąć w drodze...
— O! pewnie! śpiesznie potwierdził młody gość.
— Przepraszam, sprzeciwił się Zarwański; znam doskonale Izraelitę, który lat kilkanaście, jeśli nie więcej, prowadził temu jegomości wszystkie handle. Otóż ten mi zaręczał, że nie licząc dóbr, gotowego grosza szlachcic przez jego ręce dostał nie jeden, ale parę miljonów złotych... a grosza na życie nie wydawał... chyba co dla córki tej, bo dla niej nie żałował nic, choćby ptasiego mleka zażądała...