— To nie może być!

— Tak jest, niestety... dodała Laura, być bardzo może, iż postępowanie moje i lekceważenie opinii, skłoniło ją tego. Nikt mnie nie zna...

— Ale cała Warszawa brzmi jeszcze sławą Pauliny! zawołał Bogusławski.

— Na scenie zyskałaby może oklaski; w świecie znajdzie drzwi i serca zamknięte...

— Niestety! to nas wszystkich spotyka.

— Panie Bogusławski, pan masz do króla przystęp? odezwała się Laura.

— Rzadko, trudny... zawołał dyrektor, i pewienjestem, że gdybym z niego inaczej chciał korzystać, niż dla sceny, jejbym, sobie zaszkodził, a nikomu nie dopomógł. Jestem człowiekiem małym, muszę być ostrożny, bo losy sceny od mojego postępowania zawisły.

— Masz pan słuszność, odezwała się Laura, dla was scena jest matką, jej winniście całe życie wasze... ale, na Boga! nie macież człowieka, nie znacie człowieka, z charakterem, sumieniem, któregobyście mi nastręczyć mogli?

Słuchający westchnął głęboko.

— Człowiekabym znalazł może, odpowiedział; ale cóż charakterem i sumieniem się dziś robi? Ci ludzie, co je mają, tulą się po kątach, jak wśród gradobicia, aby się cali zachowali... a z życiem uszli. Spójrz pani, albo raczej nie patrz do koła, byś sobie oczu nie skalała... Dziś po święcie intryga, zręczność, wymowa, szalbierstwo... talenta nawet coś znaczą, charaktery i sumienia, nic nie mogą i nic nie ważą.