— Dajcie mi najprzód człowieka! powtórzyła Laura.

— A więc słówko o człowieku tym, odezwał się Bogusławski. Nie mogę go wam pokazać, póki nie uprzedzę o nim. Wyda się wam dziwacznym...

— Mówcie i dajcie mi go.

— Człowiek mój zowie się Łukasz Tyszko, jest tostary szlachcic; prawnik z powołania, który djogenesowską grając rolę, do djogenesowskiego niemal przyszedł ubóstwa... Pojmował on zawód prawnika jako kapłaństwo... złych spraw przyjmować nie chciał, pieniaczom dawał nauki moralne, prawdę bolesną rzucał w oczy bez wyjątku wszystkim, na trybunał wzywał pomsty bożej, na niepoczciwych, na intrygantów, na prepotentów grzmiał, panów nie szanował, dumy drobnej szlachty nie oszczędzał... zyskał poszanowanie, stracił majątek i wegetuje w ubóstwie zapomniany...

Jako doradcy lepszego nie znam... lecz jeśli praktycznie trzeba wywijać się i wyślizgiwać, na nic się nie zdał. Nie zlęknie się on nikogo, wielu nastraszy sobą, żeby zaś miał sprawę wygrać — rzecz niepraktykowana.

Laura pomyślała chwilę — nie miała nic do wyboru.

Mam konie i powóz — odezwała się — jedźmy do tego pana Tyszki — niech mi powie co mam czynić.

Bogusławski spojrzał na zegarek.

— A na Boga... za godzinę repetycja...

— Tylko mnie zawieź do niego — powozem wrócisz do teatru...