Zawahawszy się nieco, Bogusławski za kapelusz pochwycił. Wsiadali do powozu, gdy na widok Laury rzucił się ku nim młody mężczyzna przechodzący, z okrzykiem wielkim...

Był to nieszczęśliwy Georges. Laura uśmiechnęła się dziwnie.

— Pan tu jesteś jeszcze?

— I ja, i pan hetman... ale pani? gdzież pani?

— Nie powiesz nikomu?

— Choćby mnie zabić miano...

— Ja z ojcem, wymówiła Laura umyślnie wybitnie wymieniając ojca — mieszkam...

Powiedziała adres po cichu.

— To znaczy, rzekł uszczęśliwiony Georges, że mi wolno będzie?

— Wolno przyjść jeśli się pan nie boisz tego, że go zamęczę poruczeniami, nie nadgrodzę nawet uśmiechem bom ten w drodze straciła.